Zastanawiałam się, czy aby nie byłam dla BRUTALNIE PORZUCONEJ niesprawiedliwa? Zbyt ostra w ocenie i osądzie? Przecież, każdy cierpi na swój sposób i inaczej godzi się ze stratą. Może ONA akurat potrzebuje więcej batów, jej cierpienie musi dojść do przysłowiowego dna?
Generalnie mężczyźni nie lubią trudnych rozmów, nie chcą widzieć łez, bo boją się, że im ulegną... i niekoniecznie są tchórzami, może są zbyt wrażliwi, po prostu? Sama nie wiem.
Kilka lat temu moja inna znajoma, w wieku już mocno zaawansowanym, zakochała się ciężko, w zdecydowanie młodszym od siebie mężczyźnie. Nigdy tak nikogo nie kochałam. Trafiło mnie ostro. Facet najpierw był cały w skowronkach, ale za mały moment zaczął się z relacji wycofywać. Jest zbyt zaborcza, zbyt natarczywa. Przywiozła swoje rzeczy do mnie, rozpanoszyła się po całym mieszkaniu, a znamy się dopiero 2 tygodnie. - mówił zdegustowany.
Znajoma, pewnie z obawy i lęku, że go straci, przyśpieszała tempo rozwoju związku. Na krótko przed jej urodzinami, które organizowała w dużym lokalu, ON wycofał się z relacji rakiem. Płakała bardzo i cierpiała: jak ja teraz wyglądam!!! Chciałam go wszystkim przedstawić, a on ze mną zerwał. Nie odbierał jej telefonów, zaszył się w swoim mieszkaniu, drzwi nikomu nie otwierał. Zaangażowałam się w ich relację, zupełnie niepotrzebnie zresztą. Jeśli chcesz się rozstać, zrób to z klasą. - tłumaczyłam. Na skutek rozmowy ze mną przyszedł na ową imprezę z zamiarem pogadania, wyjaśnienia, dlaczego nie chce z nią być. Całą imprezę przegadali, ona płakała, on siedział ze zwieszoną głową.... Pod koniec imprezy poszli razem tańczyć, ona już była uśmiechnięta, on jakiś taki. Najwyraźniej uległ jej łzom i wrócili do siebie. Znajoma jeszcze ostrzej wzięła się do osaczania gościa. Szybko stała się ulubienicą jego matki, obsypywała ją prezentami, wykazywała daleko posuniętą troskę zarówno o niego, jak i jego mamę. I miała jej poparcie w całej rozciągłości.








